Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 253 860 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Anioł w trąbce, czyli warsztaty plastyczne

sobota, 18 sierpnia 2012 1:51

Podczas ostatniego weekendu lipca spełniałam się artystycznie. Erwin usilnie chciał jechać do dziadków, małżonek w sobotę odsypiał wróciwszy z nocnej zmiany, a ja z poranną kawą spokojnie rozsiadłam się przed ekranem monitora, poczytać, co w trawie piszczy. Ponieważ od dłuższego czasu nie śledziłam, co dzieje się w moim rodzinnym mieście, weszłam na jego stronę, a tu - warsztaty plastyczne z artystą malarzem Piotrem Naliwajko. Nie jestem znawczynią sztuki, a już na pewno jestem kompletną ignorantką i amatorką, jeśli chodzi o sztukę w stylu ,,czarny kwadrat na białym tle" (czy jakoś tak, zresztą wariantów w zakresie kolorystyki tak kwadratów jak i tła o ile dobrze kojarzę jest sporo). Może to też jest jakiś fenomen - czasem największe idee wyrażają najprostsze myśli, przedmioty, obrazy, ale proszę mi wybaczyć sztuka to dla mnie dobry rysunek, a następnie barwa. I oto spotkanie z Mistrzem, którego obrazy podziwiane są na całym świecie. Takie malarstwo jakie prezentuje Piotr Naliwajko wzbudza we mnie podziw i daje głębokie przekonanie, że TO JEST SZTUKA. Nie chcę przytaczać tu not biograficznych, gdyż można je, podobnie jak zdjęcia liczych obrazów, znaleźć na stronach internetowych, chociażby na tej, do której często wracam: http://www.naliwajko.ovh.org/.


Tym wpisem chcę utrwalić wspomnienie o tym inspirującym dla mnie doświadczeniu, jakim było spotkanie tego człowieka i możliwość wzięcia udziału w tak ciekawych warsztatach plastycznych. Szczerość, bezpośredniość i każda uwaga Mistrza nie dawała odczuć ogromnej przecież przepaści między nim a którymkolwiek uczestnikiem tej ,,imprezy". Żadna rada nie pachniała musem. Każde słowo było drogowskazem, wskazówką, z której można było korzystać. Oczywiście każdy z nas z pewną atencją patrzył na tego pogodnego człowieka i pragnął czerpać garściami z jego uwag. Mistrz Naliwajko nikogo nie pominął, nikogo nie przeoczył. Z każdym zamienił słowo. Nie rozdawał tanich pochwał, ale nie czuć w nim było surowego dydaktyzmu. Ot normalny, ciepły człowiek... tyle że okrutnie utalentowany.


Dlaczego tam poszłam? Sama nie wiem. Początkowo jakieś spontaniczne podniecenie, ciekawość, chęć poznania i zobaczenia kogoś to maluje zawodowo i odnosi sukcesy w tej dziedzinie. Komu się udało. No i ciekawość - jak skomentuje moje malarskie wypociny.


Dlaczego malarstwo? Kiedyś bardzo dużo malowałam, myślałam nawet o liceum plastycznym, ba o studiach na ASP, do których zachęcał mnie mój nauczyciel plastyki, ale rodzice raczej odwodzili mnie od tych pomysłów. Z drugiej strony zawsze wspierali moje wybory i wiem, że gdybym się uparła nie zabroniliby mi tej drogi. Mimo że nie zdecydowałam się iść ,,artystycznym szlakiem" cały czas mnie on pociąga. Dziś jednak najbardziej spełniam się patrząc na rysunki swojego dziecka i wiem, że także uszanowałabym jego wybór nie tłumacząc mu, że po plastyce to z chlebem ciężko. (Po innych kierunkach też).


Czy się bałam? Generalnie mam problem z tym, gdy ktoś patrzy mi na ręce, jak coś robię. Pierwszego dnia wcisnęłam się ze sztalugą w kąt sali i tworzyłam w tej swojej malutkiej oazie aniołka, który miał w jakikolwiek sposób być związany z trąbką. Taka inspiracja. Moja trąbka jest aniołkiem, bądź w mojej trąbce jest aniołek. Skrzydło to dźwięk, drugie (czego nie widać na szkicu) gra na trąbce, jest zielone przez co bardziej materialne, ludzkie?. Nie mogę powiedzieć, że bałam się spotkania z zawodowcem. W końcu poszłam tam czegoś się nauczyć. Była to dla mnie wspaniała przygoda i przede wszystkim zabawa, ale oczywiście każde słowo Mistrza brałam sobie głęboko do serca. Autorytet robi swoje. Drugi dzień był trudniejszy, gdyż był rysunek. Ponieważ nie mam warsztatu, kompletnie nie wiedziałam, jak się zabrać do rzeczy. Druga sprawa to proporcje. Miałam narysować szklankę do herbaty, wyszła szklanka do wódki. Szkoda tylko, że pusta, może zebrałabym się na odwagę i rozmalowała niczym Gryzgroł z bajki Doroty Gellner. Rozkręciłam się dopiero przy butelce czerwonego wina...zamkniętego.


Co zapamiętam z warsztatów? Osobę Pana Piotra Naliwajki, przyjemny klimat galerii kreski, w której odbywały się warsztaty w Płockiej Galerii Sztuki, pierwsze doświadczenie z farbami olejnymi i ze sztalugami, przy których siedziałam po raz pierwszy. Oczywiście całą gamę przyjemnych odczuć, które rodzą się podczas obcowania ze sztuką, radość z patrzenia na pomysły i zabawę innych uczestników warsztatów. 


Jak je uwiecznię? Poza tym wpisem, w którym zamieszczam swój szkic ołówkiem z podpisem ,,Potwierdzam, że byłem przy powstaniu. Piotr Naliwajko" oraz szkicem wykonanym na małym płótnie, który również załączam, powstał duży obraz, na którym pojawiły się wszystkie anioły. Za rozmieszczenie odpowiadał sam Mistrz. Niestety nie posiadam zdjęcia z finalnym obrazem, ale był naprawdę imponujący. Zapraszam również do galerii, w której zamieszczam zdjęcia autorstwa Pani Krystyny Falkowskiej. Raz jeszcze dziękuję Pani za piękną pamiątkę.


A teraz? Mam ogromny apetyt na teatr. Ale wakacje jeszcze trwają, podobnie jak w Młodzieżowym Domu Kultury, za którym tak mi tęskno, a dokładnie za Głośnym Czytaniem Nocą. A najdokładniej za moimi nauczycielami, którzy te spotkania prowadzą. Wrzesień to kolejny rok do przodu - dla mnie i dla mojego synka. Ale jeszcze chwila, jeszcze nie teraz, jeszcze sierpień.



Podziel się
oceń
5
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

Przechwałki

niedziela, 05 sierpnia 2012 10:02

No to może, tak przy niedzieli, to się w końcu pochwalę, że od 10 lipca to ja w zasadzie jestem Pani Magister. Ha! Z zakresu finansów i rachunkowości, jakby kto nie wiedział. Temat pracy: ,,Podatki dochodowe w działalności gospodarczej w Polsce", jakby się kto pytał. I co? I fajnie, chociaż trochę nie dociera do mnie, że po kilku latach takiego a nie innego życia nagle skończy się jeżdżenie po zjazdach i innych stolicach (co mnie cieszy) i że w zasadzie telefon nie rozdzwonił się z ofertami pracy (co mnie martwi). Moja codzienność po magistrze:


1. W sposób wręcz niezdrowy - wyglądam odpowiedzi w sprawie pracy, która to odpowiedź, niezależnie od decyzji, ma pojawić się na dniach. Jeśli nastąpi fiasko, nie wiem... własna firma, może szukanie pracy w stolicy?.... póki co zostawiam ten scenariusz, cierpliwie czekam. (Cierpliwie. Jaaasne!)

 

2. Junior ma rekompensatę w postaci mamy, która jest w domu i już nie powtarza: ,,Za chwilkę syneczku, teraz mamunia się uczy". Nie! Mamunia się już nie uczy.

 

3. Teraz paradoksalnie dialog ze strony Juniora wygląda następująco: ,,- Mamo, gdzie jutro będziesz?" (pytanie z serii codzienne). Odpowiedź: ,,- W domku synku, razem z tobą". Junior po chwili namysłu: ,,- To rano jak będziesz się uczyć, to do ciebie przyjdę do łóżeczka, to się potulimy". I teraz:

a) Mamunia się już nie uczy, patrz wyżej;

b) w końcu ma czas na czytanie KSIĄŻEK, a nie USTAW, z czego namiętnie korzysta;

c) zgoda, czytanie książek też jest formą nauki, też nas rozwija, ale protestuję przeciw używaniu i nadużywaniu tego zwrotu, przynajmniej do końca sierpnia, a może września...

d) oczywiście Mamunia na dupie za długo nie wysiedzi, już myśli o kursie angielskiego, co by sobie język przypomnieć i jakiś certyfikat może zrealizować. Ale najpierw praca. (Patrz punkt pierwszy i kolejne).

 

Strasznie się tego momentu zakończenia czegoś wyczekuje. Stawiamy sobie jakiś cel, marzymy by szczęśliwie dobrnąć do końca. Tak się dzieje. Jesteśmy z siebie dumni, może łza wzruszenia popłynie z oczu. Często zarzekamy się, że ,,niech ja tylko to skończę, to w końcu odpocznę. Koniec, koniec, koniec. Zacznę normalnie żyć, normalnie spotykać się z rodziną i znajomymi. Normalnie poświęcać czas dziecku". Ale bywa, że jakiś wicher nieznośny ciągle, gdzieś nas popycha, nie daje za długo odpocząć. Im dynamiczniej żyjemy, tym trudniej się zatrzymać. Niby tego chcemy, ale czy na pewno? Czy taki jest nasz cel? Może dziś. Ale jutro znów niesformy wicher, zacznie wiać nam w plecy. I tak do kolejnego celu... i następnego, dzięki Bogu.


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Patrzenie i widzenie

sobota, 04 sierpnia 2012 20:20

Przeglądałam dziś swoje wcześniejsze wpisy. Wyrywkowo, z chęci przypomnienia, odtworzenia... po prostu. Co mnie uderzyło? Kolor czcionki, który z czasem zmienia się na wyraźniejszy, wielkość czcionki, która przepoczwarza się na większą, a dziś...ha! interlinia 1,5, bo tak jakoś... coś niecoś, jakby...niewyraźnie (?).

 

Scena pierwsza


Salon, ojciec i syn przy stole, ojciec coś czyta; syn przegląda swoje książeczki, matka na fotelu, ogląda zmagania olimpijczyków w TV. Pokój dobrze oświetlony. Syn wstaje od stołu i siada przy matce w fotelu


SYN (kładąc zapatrzonej matce książeczki na kolana )

Masz mamo. Zobacz mam dwie takie same książeczki.


MATKA (odrywając wzrok od telewizora)

Synuś, to są dwie podobne książeczki. Nie są takie same. 


SYN (nie dając za wygraną)

Ale popatrz tu (wskazuje okładkę). Tu jest napis, tu kredka, tu obrazek i na tej książeczce też.


MATKA (z wyrozumiałością)

Tak synku, szata graficzna jest podobna, bo książeczki są z tego samego wydawnictwa. Ale zobacz: tu jako obrazek jest rycerz, a tu syrenka, tu jest napis ,,literki" a tu ,,wyrazy", a w rogu okładki jest kredka niebieska, a tu kredka czerwona.


SYN (poirytowany)

Przecież to nie jest czerwona, tylko różowa. Ale z ciebie gapcia.


Koniec sceny pierwszej

 

To nie jest jeszcze żaden dowód na to, że należy myśleć o okularach. A już na pewno nie jest dowód na to, że się starzeję. (Boże broń!) 

- No proszę... całkiem ładnie ta pogrubiona czcionka się prezentuje. Tak elegancko i dostojnie. 

- Może po prostu wyraźnie?

- Cóż za niestosowna uwaga! Ja doskonale i bardzo wyraźnie widzę także bez pogrubienia. No, teraz znacznie zgrabniej.



Podziel się
oceń
2
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

O przyczynach

czwartek, 02 sierpnia 2012 20:42

Moja zmienność, moje bycie i niebycie, moje ucieczki i powroty. Moja niekonsekwencja w prowadzeniu tego bloga, stała się moją konsekwencją wogóle. Moja niestałość, osiągnęła formę constans. A ja już nawet nie staram się szukać przyczyn takiego stanu rzeczy. 

Nie szukam. Bo czasem przyczyny wpadają na mnie same. A może to ja chcę, żeby na mnie wpadały niby przypadkiem, niby wieczorem przy książce i herbacie? Zresztą, cóż to za różnica, jeśli nimi są to taka ich natura, a jeśli nimi nie są, to ja je ukształtuję na przyczyny, ja je sobie do przyczyn sprowadzę. 

Bardzo mi w tym ,,sprowadzaniu" pomaga ostatnio Mrożek. Apropos, intrygujące, jak bardzo człowiek, który jawił mi się zawsze jako wiecznie rozchichotany zgrywus na tle ,,Słonia" czy w rytmie ,,Tanga", ten który tak inteligentnie, radośnie i z dystansem odsłania absurdy rzeczywistości, przy lekturze którego zaśmiewam się do łez - w swoim ,,Dzienniku" jest tak posępnym, wycofanym, melancholijnym, nostalgicznym(?) introwertykiem. W dalszym ciągu pasjonujący, w dalszym ciągu ciekawy, ale jakże inny od tego, jakiego wykreowałam w swojej głowie. Jakże on do mnie trafia, jak we mnie celuje tym swoim optymizmem/pesymizmem, tym różnobarwnym/szarym spojrzeniem na świat, tymi fragmentami wyciągniętymi z literatury. Jak np. tym, który obrałam sobie za jedną z rzeczonych ,,przyczyn". Przyczyn ucieczek i powrotów.

 

,,28 marca 1963, czwartek 

Proust oczywiście ma rację, że każda rozmowa jest trochę pustoszeniem siebie. Ale skąd bierze się to uczucie? Może trochę z niewydolności mowy. Kiedy myślimy, wiemy o co nam chodzi, kiedy mówimy, kiedy już powiemy, zostajemy trochę rozczarowani. Jak to, więc tylko o to chodziło? [...] Ale to wina mowy, a może i - po części - przyczyna tkwi także w tym, że rzeczywiście, co przeczute, wydawało się nam większe i piękniejsze niż co sformułowane. A co do mowy, przecież dopiero po największych wysiłkach i trudach zaledwie parę książek na świecie oddaje jako tako to, o co chodziło autorowi, a w jego mniemaniu zapewne także niedostatecznie, cóż tu wymagać od zdań kleconych na poczekaniu, byle jakich i przypadkowych, żeby nas dostatecznie wyrażały.

Potem, kiedy się wypowiemy, kiedy się podzielimy, jesteśmy trochę jak czajnik z wrzątkiem, z którego zdjęto pokrywkę, ciśnienie spada. Dotychczas mile się nosiło poczucie własnego sekretu, wyłącznie osobistego. Dzielimy się nim trochę przez to, że pragniemy zaskoczyć, zadziwić słuchacza sobą samym. I zostajemy rozczarowani, bo po wypowiedzeniu się zaznacza się w nas odpływ.

Przez to może nawet rozmowa pustosząca, obniżająca wewnętrzne ciśnienie jest pobudką. Bo chcąc się znowu napełnić, przystępujemy od początku do pracy wewnętrznej"*.


* S. Mrożek, ,,Dziennik 1962-1969", t. 1, Wyd. Literackie, Kraków 2010, ss. 32-33.


Postanowienie nie tylko na dziś i nie tylko w związku z blogiem: żeby mi się chciało chcieć (albo po prostu: żeby chciało mi się chociaż w połowie tak jak Jeżykowi, którego prawdziwie podziwiam, szanuję i pozdrawiam).

Zorza z uśmiechem na licu

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Jak babcię kocham...

poniedziałek, 30 maja 2011 21:47

 

W ostatnim czasie stanęłam na czele boju z Panem Dziekanem, staram się nie zwariować podczas cotygodniowych, przeplatanych szaleńczą sesją zjazdów; zmieniłam pracę, na taką, która mi odpowiada, ale która wobec ciążących obowiązków edukacyjnych wprowadza zupełną reorganizację w moim życiu; o rodzinie, dla której mam stanowczo za mało czasu nie wspominając.

Przez 3 tygodnie za sprawą wspaniałej białkowej  diety oczyściłam organizm i patrząc na mnie można stwierdzić, że jest ,,o 4 kilkogramy masy ciała obywatelki mniej", dzięki czemu przynajmniej moje ciało czuje się lżej i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu okazało się, że ubrania, które jeszcze miesiąc temu uważałam za skurczone po praniu - jakoś się cudownie znów rozciągnęły.

Od miesiąca mam też nowego lokatora - chomika Tofika, który okazał się chomiczką Toficzką i jest niesamowicie przytulańskim zwierzem, który (jak jeszcze do niedawna ja) - rośnie w oczach. Przez momen myślałam nawet, że kupiłam chomika z niespodzianką/ami, ale to tylko moja ,,dieta cud" tak na Tofinkę działa. Myślę, że czas zakupić jej kołowrotek, bo plastikowy z wyposażenia - wysiadł już pierwszego dnia.

Jedno jest pewne - w ostatnim czasie absolutnie się nie nudzę, a wręcz mam za dużo wrażeń. Jeśli tylko jakoś ten cały galimatias ogarnę, a przede wszystkim szczęśliwie dobrnę do końca tej sesji to jak babcię kocham - strzelę sobie wstąśniętego, nie zmieszanego i w końcu ... porządnie się wyśpię.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 24 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  14 697  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O mnie

Idealistka i realistka
optymistka i pesymistka
rozmarzona i życiowa
romantyczna i rozważna
Kobieta - stworzenie pełne sprzeczności
Taka jestem

O moim bloogu

Blog poświęcony wszystkiemu co mi w duszy zagra. Serdecznie zapraszam.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 14697
Wpisy
  • liczba: 77
  • komentarze: 313
Galerie
  • liczba zdjęć: 24
  • komentarze: 30
Bloog istnieje od: 3391 dni

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl